


Lewica chce wypłacać odszkodowania rodzinom sowieckich kolaborantów, którzy ponieśli śmierć z rąk żołnierzy podziemia niepodległościowego
Do pierwszego czytania w Sejmie trafił projekt ustawy zgłoszony przez Lewicę, który zakłada wprowadzenie systemu odszkodowań dla ofiar oraz rodzin ofiar rzekomych zbrodni popełnionych przez polskie podziemie niepodległościowe w latach 1945-1946. Decyzja o skierowaniu projektu do dalszych prac zapadła 7 stycznia 2026 roku. To jednak dopiero początek, bo autorzy propozycji idą znacznie dalej: osoby, którym wypłacono by odszkodowania, miałyby dodatkowo uzyskać status kombatanta.
– Oto znów jako wspólnota mamy się tłumaczyć, przepraszać i bić w piersi za winy, których w ogromnej części nie było albo które zostały już dawno zmanipulowane i wyrwane z historycznego kontekstu. Próbuje się nam przypisać zbrodnie, których nie popełniliśmy, a przynajmniej nie w formie, jaką dziś sugerują autorzy projektu – zwraca uwagę w rozmowie z nami dr Krzysztof Kawęcki, historyk.
Projekt przewiduje wypłatę jednorazowego świadczenia w wysokości 50 tys. zł. Miałoby ono przysługiwać osobom, które straciły życie w trakcie akcji prowadzonych przez podziemie niepodległościowe albo doznały trwałego uszczerbku na zdrowiu. Prawo do ubiegania się o zadośćuczynienie mieliby również członkowie ich rodzin. Cały system obsługiwałby Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. – Mamy do czynienia z kolejnym etapem ideologicznej wojny o pamięć historyczną. Pytanie, które natychmiast się nasuwa, jest zasadnicze: czy w efekcie tych rozwiązań beneficjentami państwowych świadczeń mają stać się także banderowcy i sowieccy kolaboranci, ludzie, którzy działali przeciwko polskiemu państwu i polskim obywatelom? – zauważa w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prof. Wiesław Wysocki, historyk, wykładowca akademicki.
Projekt ten nie miałby racji bytu, gdyby nie to, że w wyniku politycznych ustaleń i powołania obecnej koalicji osoby związane z dawnym ustrojem – również mentalnie nawiązujące do marksizmu – otrzymały możliwość sprawowania najważniejszych funkcji w państwie. Jego patronką jest wicemarszałek Senatu Magdalena Biejat, a swój podpis pod nim złożyli m.in. marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, wicepremier Krzysztof Gawkowski czy minister rodziny Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
To nie jest przypadkowa inicjatywa, ale element szerszego procesu, w którym faktyczne i ideologiczne dzieci komunistów konsekwentnie próbują podważyć sens i moralne podstawy walki polskiego podziemia niepodległościowego. – Jeszcze w latach 90. XX wieku o Żołnierzach Niezłomnych mówiono „bandy”, „leśni” czy też „grupy zbrojne”. Z czasem – m.in. dzięki pracy Instytutu Pamięci Narodowej czy oddolnych stowarzyszeń – język zaczął się zmieniać – zwraca uwagę w rozmowie z nami dr Jarosław Sellin, poseł Prawa i Sprawiedliwości, były wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego. Do tego doszły instytucje muzealne, takie jak Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce czy Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. – Dzięki nim krok po kroku odzyskiwaliśmy prawdę. Zaczęliśmy nazywać rzeczy po imieniu i umieszczać żołnierzy podziemia antykomunistycznego tam, gdzie ich miejsce – w panteonie narodowych bohaterów – zaznacza poseł PiS.
Wydawało się, że ten spór został zamknięty i nikt poważny nie odważy się już wracać do języka z epoki bezpieki i do moralnego relatywizowania walki z komunistycznym zniewoleniem. Temat jednak wraca. Środowiska postkomunistyczne, a także część skrajnej tzw. młodej lewicy próbują pisać historię na nowo.
– Oni już przegrali ten spór. Sejm przez lata regularnie honorował bohaterów walki o niepodległość w latach 1944-1989. Uchwały często były przyjmowane przez aklamację, a posłowie lewicy wstawali razem z innymi, oddając hołd tym samym postaciom, które dziś ich środowiska znów próbują moralnie zabić. Próba powrotu do dawnej narracji to dowód nie siły, lecz politycznej słabości – akcentuje dr Jarosław Sellin.
Kłamliwa narracja
W uzasadnieniu ustawy pojawia się postać kpt. Romualda Rajsa „Burego”, żołnierza podziemia związanego z Wileńszczyzną. Przywołuje się wydarzenia na Podlasiu, gdzie dowodzony przez niego oddział przeprowadzał akcje wobec osób wspierających nowego okupanta – Armię Czerwoną i aparat sowiecki. Byli to w dużej mierze mieszkańcy okolic Bielska Podlaskiego narodowości białoruskiej. W toku tych działań zginęły również osoby postronne. – Owszem, w realiach wojny i powojennej konspiracji dochodziło do działań brutalnych, czasem dramatycznych, ale sednem były akcje wymierzone w agenturę, donosicieli i funkcjonariuszy nowego reżimu, ludzi działających z nadania Moskwy, którzy realnie szkodzili polskiemu społeczeństwu – przypomina prof. Wiesław Wysocki.
Autorzy projektu chętnie sięgają po ustalenia IPN z 2005 roku, w których stwierdzono, że działania oddziału „Burego” nosiły znamiona ludobójstwa. – Problem polega na tym, że ten fragment historii został już później zweryfikowany. W 2019 roku IPN zakończył kolejne śledztwo, którego wnioski są jednoznaczne: oddział Romualda Rajsa działał z pobudek patriotycznych, a jego dowódca nie miał zamiaru zniszczenia ani w całości, ani w części społeczności białoruskiej czy prawosławnej zamieszkującej tereny Polski – podkreśla prof. Wiesław Wysocki. Oznacza to wprost, że ustalenia z 2005 roku nie odpowiadają prawdzie. – Ten fakt jest jednak konsekwentnie pomijany przez zwolenników wprowadzenia systemu odszkodowań – stwierdza dr Krzysztof Kawęcki.
Już sama nazwa ustawy – o zadośćuczynieniu ofiarom i rodzinom ofiar przestępstw popełnionych na tle narodowościowym, religijnym lub rasowym w latach 1945-1946 – ma odpowiednio nastawić odbiorcę. – Sugeruje bowiem, że podziemie niepodległościowe działało świadomie jako formacja zbrodnicza, kierująca się nienawiścią do „innych”. To narracja, która ma niewiele wspólnego z faktami historycznymi, za to doskonale wpisuje się w logikę politycznej reinterpretacji przeszłości – zauważa dr Krzysztof Kawęcki. W jego ocenie trwają próby budowania stanu równowagi między katami a ofiarami. – Armia Czerwona dokonywała strasznych zbrodni na ziemiach dzisiejszej Polski oraz na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, a teraz próbuje się nam wmówić, że przecież byli też „Żołnierze Wyklęci”, którzy dokonywali równie okropnych zbrodni, m.in. mordowali dzieci. My mamy być narodem, który się wiecznie wstydzi – akcentuje dr Krzysztof Kawęcki. Co więcej, krąg potencjalnych beneficjentów tej ustawy wcale nie musi się ograniczyć jedynie do rodzin osób zabitych w trakcie karania sowieckich kolaborantów. Nic nie stoi na przeszkodzie, by o odszkodowania zaczęły ubiegać się również rodziny członków Ukraińskiej Powstańczej Armii. Walki z oddziałami OUN-UPA trwały także po formalnym zakończeniu II wojny światowej. Dopiero akcja „Wisła” z 1947 roku, odcinając banderowców od zaplecza logistycznego i wsparcia miejscowej ludności, doprowadziła do wygaszenia działalności ukraińskich ludobójców na ziemiach polskich. – W logice zaproponowanej ustawy również te wydarzenia mogłyby zostać zakwalifikowane jako „przestępstwa na tle narodowościowym” – zwraca uwagę prof. Wiesław Wysocki.
Nie sposób oderwać tej inicjatywy od szerszego kontekstu politycznego. Dziś kluczowe stanowiska w parlamencie zajmują osoby otwarcie dążące do odbudowy narracji o rzekomych „wyzwolicielach” Polski po 1944 roku. – I tak, ani Włodzimierz Czarzasty w Sejmie, ani też Magdalena Biejat w Senacie nie kryją swojego stosunku do powojennego podziemia – wskazuje dr Krzysztof Kawęcki. Wystarczy przypomnieć słowa Magdaleny Biejat z 1 marca 2025 roku, wypowiedziane w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, gdy stwierdziła, że kult Żołnierzy Wyklętych powinien być wygaszany. Według niej oddawanie czci bohaterom walki o niepodległość to rzekome mieszanie bohaterów ze zbrodniarzami wojennymi.
Ten projekt ustawy nie jest więc aktem pojednania ani próbą uczciwego zmierzenia się z trudną historią. – To narzędzie polityczne, które ma zmienić język debaty, przesunąć granice interpretacji i na trwałe wpisać w przestrzeń publiczną tezę o zbrodniczym charakterze polskiego podziemia niepodległościowego – podnosi dr Jarosław Sellin.
Twórcy projektu próbują mu jeszcze nadać pozory racjonalności. Zawarto tam rozwiązanie, które wskazuje, że aby mieć szansę uzyskania świadczenia z tego tytułu, najpierw konieczne jest uzyskanie opinii od Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. – Nie wierzę w to, że ktokolwiek racjonalny w IPN podejmie się zadania weryfikowania wniosków, które będą składać rodziny sowieckich kolaborantów lub też potomkowie bojowników UPA. Nie wyobrażam sobie tego, żeby jakikolwiek historyk złożył swój podpis pod akceptacją takiego wniosku – stwierdza dr Jarosław Sellin.
Cała sytuacja wiele mówi o standardach obowiązujących obecnie w Sejmie. Z jednej strony projekty takie jak ten są kierowane do prac, z drugiej – inicjatywy dotyczące penalizacji banderyzmu od miesięcy, a nawet lat, nie doczekują się procedowania. Propozycje zarówno prezydenta Karola Nawrockiego, jak i Prawa i Sprawiedliwości czekają na dalsze prace od kilku miesięcy i nie znajdują poparcia większości.