Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Archiwum - 2015

21.12.2015

gazetapl- Nie sądzę, purchase aby środowisko filmowe obawiało się naszej władzy. Kino to dla nas element polityki historycznej, cialis polityki pamięci, capsule wyobraźni zbiorowej, mitów, które buduje kultura masowa - mówi Jarosław Sellin, sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Tadeusz Sobolewski: Czy ustawa o kinematografii z 2005 r. jest pana zdaniem zadowalająca?

Jarosław Sellin: Przypomnę tylko, że ona przeszła dzięki dwóm siłom politycznym: SLD oraz PiS.

 

Wtedy był pan sekretarzem stanu w resorcie Kazimierza Ujazdowskiego?

- To było trochę wcześniej, kiedy jeszcze rządził SLD, premierem był Marek Belka, a PiS oraz PO były w opozycji. Nasze środowisko opowiedziało się za tym, żeby kinematografia uzyskała publiczne, państwowe wsparcie. Platforma była przeciw. Ale dobrze, że wtedy ta ustawa przeszła i że powstał Polski Instytut Sztuki Filmowej. Dzięki temu polskie kino odżyło.

 

Czy jako przedstawiciel rządzącej partii dziś myśli pan tak samo?

- Nie odpowiem jednoznacznie, bo w ministerstwie pracuję od niecałego miesiąca, spraw mam na głowie tak wiele, że dopiero po zebraniu opinii środowiskowych będę mógł się wiążąco wypowiedzieć. Przecież nigdy nie jest tak, że jakaś ustawa jest ideałem. Czasami samo środowisko domaga się zmiany jakichś szczegółów.

 

Pytam, bo w środowisku filmowym z niepokojem mówi się o planach połączenia w ramach jednej wielkiej instytucji PISF-u, Narodowego Instytutu Audiowizualnego i Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. To realne?

- Ja nie zajmuję się plotkami.

 

To znaczy nie ma takich planów?

- Nic mi o tym nie wiadomo, dowiaduję się o tym od pana.

 

Byłoby to trudne do zrealizowania, bo nasz "ustrój kina", którego kluczowym elementem jest niezależny Instytut Filmowy, zatwierdziła Komisja Europejska. Celem polityki europejskiej jest właśnie obrona kinematografii narodowych.

- To oczywiste, że potrzebna jest obrona kinematografii narodowych przed dominacją popularnego kina amerykańskiego, które ma niebywały potencjał komercyjny i ogromną widownię anglojęzyczną. Europa ma własną tradycję, na ogół kina bardziej artystycznego, autorskiego, lokalnego, która wymaga wsparcia.

 

Broniący rodzimego kina fundusz - zasilany początkowo z procentu od każdego sprzedanego biletu do kina - wymyślono w powojennej Francji. Tak kształtował się system, który przejęła Europa. U nas w ferworze rewolucyjnym słyszy się głosy, że kinematografię trzeba "unarodowić". Nie rozumiem. To znaczy, że polskie kino od czasów Wajdy i Munka, Kieślowskiego i Holland było nie dość narodowe?

- Tak sformułowanych głosów nie słyszę. Co najwyżej postulat, by kino narodowe pomogło w prowadzeniu mądrej polityki historycznej, polityki pamięci, bo w tej dziedzinie w Polsce najlepiej nie jest. Kino "narodowe" jest oczywistością. I chociaż dziś w Europie dominują koprodukcje, wiemy mniej więcej, co to jest kino francuskie, włoskie, skandynawskie, niemieckie. Także polskie.

 

Gdy słucham postulatów o "potrzebie tworzenia kina narodowego", już widzę filmy wojenno-więzienne, o bitwach, "żołnierzach wyklętych", ofiarach systemu. Czyli o tym - przywołam Mrożka - że "za wolność, panie, wybili". Wątpię, by świat na to czekał, nawet w hollywoodzkim wydaniu. Problemem świata nie są polskie kompleksy. Kino szkoły polskiej, którym świat się kiedyś zachwycił, ze śmiejącym się Cybulskim w ciemnych okularach, było skierowane w przyszłość, ku życiu. Dlatego się podobało. Co pan sądzi o głosach domagających się nowej martyrologii?

- Wracam do problemu kina jako elementu polityki historycznej, polityki pamięci, wyobraźni zbiorowej, mitów, które buduje kultura masowa. To jego naturalna, nawet jeśli niechciana rola. Przecież to obrazy i cytaty pamiętane z kina budują m.in. naszą wspólną tożsamość.

 

Ale nie tak wprost. Kino polskie często wchodziło w polemikę z narodowymi stereotypami i z ówczesną polityką kulturalną, która mówiła, co trzeba i ile można.

- W PRL-u odegrało taką rolę. Ale koncentrując się dziś na odbiorze naszego kina w świecie, przyzna pan, że wyobrażenia o narodzie i jego roli w przeszłości rzutują w przyszłość. Sympatyczniej się podróżuje, inwestuje, kontaktuje z przedstawicielami narodów, które mają swój pozytywny wizerunek wynikający z przeszłości. Budowanie dobrego wizerunku, budzenie zainteresowania danym narodem czy państwem w ramach pewnej polityki historycznej ma znaczenie dla naszej przyszłości.

 

Kino narodowe jako propaganda polskości? Odbiorca jako uczeń w szkole? Czy to są wzory na dziś? Godard uznał kiedyś za wzór kina narodowego "Kanał" Wajdy, bo w takich filmach "naród przygląda się sobie". Włosi przeglądają się w "Piekle" Dantego - "Piekło" jest ciekawsze od "Raju". Podstawowe lektury polskości to dzieła krytyczne, pełne ironii: "Dziady", "Wesele", "Wyzwolenie", "Przedwiośnie", Gombrowicz. To nie jest literatura propagandowa. Nasze kino też nie musi być propagandą.

- Ja nie mówię o propagandzie. Czy na pewno w polskim kinie opowiedzieliśmy o wszystkim, co trzeba? Weźmy Czechów, naród, który nie odegrał w II wojnie światowej takiej roli jak Polacy. Mimo to poszły w świat ich dwa znakomite filmy - o czeskich lotnikach w bitwie o Anglię i o Czechach walczących pod Tobrukiem, gdzie byli pododdziałem należącym do brygady polskiej. To Czesi, a nie Polacy kojarzą się dziś z obroną Anglii i północnej Afryki przed korpusami niemieckimi. Szkoda, że nie zrobiliśmy analogicznych filmów o Polakach. To przykład ewidentnego zaniechania.

 

Brak scenariuszy, brak pieniędzy.

- W takim razie można się pokusić o stworzenie warunków, w których mogłyby powstawać atrakcyjne, wysokonakładowe freski historyczne, na przykład z udziałem amerykańskich gwiazd. Czemu nie?

 

Amerykanie mieliby robić polskie filmy?

- Dopomóc nam. Mają doświadczenie - moim zdaniem najlepszy film wojenny w historii kina to "Szeregowiec Ryan" Spielberga - a ich gwiazdy przyciągają widzów samą siłą swojego nazwiska.

 

Ale nie udały się wysokonakładowe zagraniczne filmy historyczne o Polakach: "Bitwa pod Wiedniem" Alessandra Leone była klęską (reżyser znalazł się właśnie na liście nowych ekspertów PISF). "Niepokonanych" Petera Weira, o Polaku uciekającym z syberyjskiego łagru, oglądałem w pustym multipleksie.

- Jeśli chodzi o filmy historyczne, nigdy nie ma gwarancji sukcesu, ale to nie znaczy, że nie należy próbować. Miałem więcej szczęścia przy filmie Weira, kino nie było puste, a film - w mojej ocenie - przejmujący i ważny. A wracając do możliwości współpracy z Amerykanami, przypomnę, że nawet filmowcy z ubogiej Gruzji zaprosili ich do zrobienia filmu o wojnie z Rosją o Osetię, bo wierzyli, że ich dramat dzięki temu będzie lepiej opowiedziany światu.

 

Nie widziałem "Pięciu dni wojny", ale z recenzji wynika, że Gruzinom film zamówiony przez prezydenta Saakaszwilego wydał się uproszczony, a resztę świata niewiele obchodził.

- Także go jeszcze nie widziałem, ale wróćmy do braków w polskim kinie historycznym. Dziesięć lat temu wśród młodych ludzi ożyło zainteresowanie, wręcz fascynacja powstaniem warszawskim. Miało w tym udział nowo powstałe muzeum. Odczuwano powszechną potrzebę nowego, wielkiego filmu - po "Kanale" Wajdy. Ministerstwo i muzeum ogłosiły konkurs na scenariusze filmów o powstaniu. Trzeba wrócić do tej praktyki.

 

Byłem w jury tego konkursu. Nagrodzone scenariusze mieli zrealizować Juliusz Machulski i Dariusz Gajewski, ale filmy nie powstały z braku funduszy. Przypuszczam też, że nikomu na nich nie zależało. Film, który w końcu powstał, "Miasto 44", był wynikiem pasji reżysera Jana Komasy. Ale czy przetrwa jak "Kanał"? Krążymy wiecznie wokół tych samych tematów. A ja chciałbym zobaczyć realizację któregoś z nieoczywistych projektów o Polakach w świecie. Np. film o Mickiewiczu, jakiego pokazał György Spiró w powieści "Mesjasze" czy Jacek Dehnel w "Matce Makrynie". Film o Conradzie, którego nie zrealizował Wojciech Marczewski. Film, którego nie zrobił Filip Bajon o Bronisławie Piłsudskim, zesłańcu, który stał się słynnym etnografem i kultową postacią w Japonii. Albo film, którego nie zrobił Kazimierz Kutz - o wsi śląskiej, która wyemigrowała do Teksasu i istnieje tam do dziś.

- Ja też mam swoje marzenia, ale nie mogę o nich mówić, bo można by to potraktować jako sugestie czy żądania. Jednak paru tematów czy postaci bardzo mi w kinie polskim brakuje. Na przykład fascynujących biografii z XVIII w., które i dziś mogłyby nam wiele powiedzieć o genezie naszej współczesności.

 

A co pan lubi najbardziej ze złotego okresu polskiego kina, z lat 1956-81?

- Nie będę tu szczególnie oryginalny. Bardzo lubiłem adaptacje polskiej literatury, klasyki powieściowej, zarówno w filmie kinowym, jak i w serialach. Spośród nich filmem najżywszym, dynamicznie zrealizowanym i oddającym ducha pokazanego czasu, pozostawiającym wciąż potężne wrażenie, jest "Ziemia obiecana" Wajdy. Lubię też całą "Trylogię" w reżyserii Hoffmana, ale w odwrotnym porządku powstawania: najwyżej cenię "Pana Wołodyjowskiego", potem "Potop", a na końcu jest "Ogniem i mieczem". Choć tu też nie powinienem się wypowiadać.

 

To akurat niegroźna wypowiedź. Został pan wysokiej rangi urzędnikiem Ministerstwa Kultury w chwili, gdy kino polskie osiągnęło największe sukcesy od 1989 r.: najlepsze wyniki frekwencyjne w kraju, nagrody w świecie: m.in. Oscar dla Pawlikowskiego, Srebrny Niedźwiedź dla Szumowskiej. Obowiązujący kurs na zmiany nasuwa obawy, że ta dobra koniunktura może się zachwiać i zamiast iść do przodu, zrobimy krok w tył.

- Nie sądzę, aby środowisko filmowe obawiało się naszej władzy. Jak żadna inna partia w Polsce do wspierania polskiej kultury przywiązujemy wielką wagę, o czym świadczy to, że pierwszy raz w historii polskiej demokracji minister kultury jest też wicepremierem. Do polskiej twórczości filmowej podchodzimy z dużą nadzieją na wzruszenia, wielkie debaty, wielką promocję Polski i polskości. Mówimy przy tym jasno, czego nam brakuje, co trzeba uzupełnić. Mamy nadzieję na dołożenie w nadchodzących latach do dotychczasowego świetnego dorobku kolejnych ważnych dzieł.